Życie sprzedawcy to ciągła sprzeczność, co doskonale oddają memy poświęcone tej branży. W jednej chwili świętujesz sfinalizowaną transakcję, a już za chwilę wpatrujesz się w raport dotyczący potencjalnych klientów, który wygląda jak opuszczone miasto, i zastanawiasz się, czy nie zmarnowałeś ostatnich trzech miesięcy. To rodzaj emocjonalnego szoku, który rozumieją tylko zespoły sprzedażowe – właśnie dlatego memy stały się nieoficjalnym sposobem na zachowanie zdrowego rozsądku w tej branży.

Jeśli choć raz zaglądałeś do sekcji poświęconej sprzedaży na LinkedIn lub na kanał Slacka swojego zespołu, na pewno je widziałeś. Memy o aktualizacjach CRM o północy, o SDR-ach jako „czarnuszkach” zespołu, o kierownikach sprzedaży kwestionujących swoje wybory zawodowe oraz o odwiecznym napięciu między działem sprzedaży a marketingiem. Są zabawne, bo są prawdziwe. A czasami jedyną rzeczą, która dzieli cię od wypalenia zawodowego, jest śmiech z tego, jak chaotyczna jest w rzeczywistości twoja branża.

Spis treści

Jaka jest rola kierowników sprzedaży?

Ten filmik to mój ulubiony, choćby dlatego, że Tom w nim płacze, a to naprawdę mnie rozbawia. Fajny samochód, Tom. Mam nadzieję, że prowizja za nic ci się opłaca.

Był czas, kiedy twój kierownik sprzedaży był najlepszym sprzedawcą. Ten, który wiedział, jak doprowadzić do zawarcia umowy. Miał dar przekształcania wszystkiego w złoto, urok osobisty i instynkt. Potem nastąpił awans. I nagle przestał sprzedawać. Nie szkoli zespołów. Siedzi na spotkaniach, obwiniając marketing za luki w pipeline, broniąc limitów, nad którymi nie ma kontroli, i szczerze mówiąc, nie jest już do końca pewien, na czym polega jego praca. Kiedy ktoś pyta, czym właściwie się zajmuje, odpowiedź jest ponura: „Zostaw mnie w spokoju”.

Ten mem powstał, bo tak właśnie wygląda pierwszy rok pracy niemal każdego kierownika sprzedaży. Umiejętności, dzięki którym doszedłeś na szczyt, tu się nie sprawdzają. Zamiast nawiązywania kontaktów z nieznanymi klientami zajmujesz się teraz rozmowami o prognozach. Strategia sprzedaży ustępuje miejsca uzasadnianiu zatrudnienia. Minęły czasy, kiedy odpowiadałeś tylko za swoje wyniki – teraz dręczy cię strach o wyniki wszystkich innych. No i tl;dv za ciebie całe szkolenie sprzedażowe. 

Najbardziej okrutną ironią jest to, że najlepsi kierownicy sprzedaży to ci, którzy szybko to rozumieją i wypracowują sobie nową tożsamość. Pozostali spędzają lata w stanie zagubienia, próbując sprzedawać zza biurka i zarządzając ludźmi, którzy nie znoszą, gdy ktoś im mówi, jak mają sprzedawać. Tymczasem Tom jest na ulicy. Płacze.

Memy o handlowcach: kiedy nie można się wyłączyć

Uważaj. Poczekam.


Muszę przyznać: ta skarpetkowa lalkowa ma więcej charyzmy niż praktycznie każdy przedstawiciel handlowy, z którym osobiście współpracowałem (przepraszam, chłopaki!). I nie przesadzam. Rolex na nadgarstku, smycz z klubu President’s Club wciąż leżąca na biurku od trzech lat, pełne przekonanie, że to dzięki nim firma wciąż funkcjonuje. Tymczasem Baby Yoda na skarpetce emanuje większym ciepłem, lepszymi umiejętnościami słuchania i, szczerze mówiąc, większą energią do finalizowania transakcji niż ktokolwiek z nich.

To ABC w najczystszej postaci. Zawsze dąż do zamknięcia transakcji. Nawet jeśli oznacza to, że musisz podzielić swoją osobowość na pół i pozwolić, by skarpetka wykonała całą robotę – w tym kwartale osiągniesz swoje cele sprzedażowe albo zginiesz, próbując.

Szczerze mówiąc, mam świetny pomysł na parę butów, które chcą nawiązać współpracę z firmami. Lewy but zajmuje się pozyskiwaniem klientów, a prawy – odpieraniem zastrzeżeń. Napisz do mnie na prywatną wiadomość.

Czym jest SDR???

Muszę przyznać, że to wszystko obnaża całą hierarchię w ciągu zaledwie sześćdziesięciu sekund. Dział sprzedaży prosi prezesa o zatrudnienie specjalisty ds. pozyskiwania klientów (SDR). Jego stanowisko zmienia się na przedstawiciela handlowego (AE). Marketing zbiera na głowę. A kiedy SDR pyta, czy też może zostać przedstawicielem handlowym, słyszy „nie” – wypali się na długo przed tym, zanim to spotka przedstawiciela handlowego.

Drogi czytelniku, byłem tym SDR-em.

Przez lata pracowałem jako specjalista ds. pozyskiwania nowych klientów, dzwoniąc codziennie do 300 osób, przygotowując transakcje dla sprzedawców i kwalifikując potencjalnych klientów jak prawdziwy mistrz. Moje leady były na wagę złota. Czyste, ręcznie wyselekcjonowane, gotowe do zakupu złoto. Tymczasem przedstawiciele handlowi jeździli leasingowanymi ferrari i porszami, pojawiali się z gracją na prezentacjach, które dla nich rezerwowałem, i zachowywali się, jakby to oni wyczarowali ten strumień potencjalnych klientów z powietrza. Ja jadłem makaron. Oni jedli steki. I tak, naprawdę się wypaliłem, dziękuję za troskę.

Cała dynamika relacji między SDR a AE opiera się na jednej cichej niesprawiedliwości: SDR wykonują ciężką robotę, AE zbierają laury, a wszyscy udają, że to sprawiedliwy system, bo „tak już po prostu jest”.

Tyle że ten system jest sfałszowany. SDR-y otrzymują wynagrodzenie za spotkania, co oznacza, że umawiają wszystko, co choćby w najmniejszym stopniu spełnia kryteria. Następnie AE narzekają, że spotkania są bezużyteczne. Za kiepskie leady obwinia się dział marketingu. Dyrektor generalny zastanawia się, dlaczego portfel projektów jest tak słaby. Nikt nie jest zadowolony. Wszyscy są zmęczeni. Żeby było jasne: *nie* umawiałem bezużytecznych spotkań… dziękuję bardzo.

A obok siedzi biedny zespół marketingowy, na którego krzyczy dział sprzedaży, którego ignoruje dyrektor generalny i który po raz dziewiąty próbuje wyjaśnić, dlaczego 80 procent potencjalnych klientów pozyskanych podczas webinarów nie dokonuje konwersji.

Jeśli kiedykolwiek zarządzałeś zespołem sprzedaży, wiesz, jak to jest. Prosisz przedstawiciela handlowego o aktualizację danych w systemie CRM. Kiwa głową. Mówi „tak”. Obiecuje. A potem, Salesforce tygodnie później, otwierasz Salesforce i widzisz, że w każdym polu rekordu szansy sprzedaży widnieje „x”. Albo, co gorsza, nie ma tam żadnych danych, a transakcja najwyraźniej finalizuje się sama z siebie.


Proszenie sprzedawcy, żeby rejestrował swoje działania w systemie CRM, to tak jakby… cóż, po prostu tego nie robią. Nie robią tego i dobrze o tym wiem. 

OSOBISTIE byłem sumiennym użytkownikiem systemu CRM. Zasługuję na złoty medal. Notatki po każdej rozmowie, wpisane kolejne kroki, skrupulatnie poprawne dane kontaktowe. Ale ci, którzy wpisywali „x” w każdym polu? Ci, którzy rejestrowali trzydziestominutową rozmowę wstępną jako „rozmowę” bez żadnego dodatkowego opisu? Ci, którzy w transakcji, której nigdy nie zamierzali sfinalizować, wpisywali datę zamknięcia trzy lata w przyszłości? NIENAWIDZĘ WAS. NIENAWIDZĘ WAS. NIENAWIDZĘ WAS. NIENAWIDZĘ WAS.

System CRM jest tak dobry, jak dane, które się w nim znajdują, a handlowcy po cichu podważają tę prawdę od samego początku istnienia Salesforce. Dlatego połowa wszystkich przeglądów potencjalnych transakcji przypomina w rzeczywistości wyprawy archeologiczne. Menedżerowie grzebią w tajemniczych notatkach, próbując ustalić, czy dana transakcja jest realna, czy też ktoś po prostu musiał osiągnąć tygodniowy wskaźnik aktywności.

Właśnie w tym zakresie tl;dv rozwiązuje wiele problemów. Jeśli bowiem rozmowy są już automatycznie nagrywane, transkrybowane i streszczane, pola w systemie CRM wypełniają się praktycznie same. Koniec z wpisywaniem „x”. Koniec z pomijaniem kolejnych kroków. Koniec z kłamaniem w piątkowe popołudnia na temat transakcji, która już od wtorku jest martwa.

Memy dotyczące sprzedaży w czwartym kwartale: panika związana z portfelem zamówień pod koniec kwartału

@withstephen – jak to jest w sprzedaży (zwłaszcza pod koniec kwartału😭) – inspiracja @oshua_berduo #techsales #zabawne #korporacja #humorkorporacyjny ♬ oryginalny dźwięk – withstephen

Każdy przedstawiciel handlowy zna to specyficzne uczucie udręki związane z transakcją, która ma zostać sfinalizowana w tym kwartale. Otrzymaliśmy ustną zgodę. Umowa została wysłana. Potencjalny klient powiedział: „Załatwię to do piątku”. A potem – cisza.

W sieci krąży obecnie filmik na TikToku, na którym przedstawiciel handlowy namawia potencjalnego klienta do podpisania umowy, a ten odpowiada: „JESTEM NA REMOTE ”.

Czy to gorsze niż zniknięcie bez słowa? Powiedziałbym, że tak. Przynajmniej w przypadku zniknięcia bez słowa istnieje pewna szansa, że potencjalny klient zapadł w śpiączkę. To znaczy, oczywiście, że to źle, ale przynajmniej nie porzucił cię celowo. Przedstawiciel handlowy, którego zignorowano, może pocieszyć się myślą o słabym Wi-Fi lub nagłej sytuacji rodzinnej. A przedstawiciel, którego potencjalny klient ogłosił, że przebywa na remote ? To świadomy wybór. To ktoś, kto patrzy ci prosto w oczy i mówi: „Widziałem twoje dziewięć wiadomości i wybrałem wyspę na Południowym Pacyfiku bez zasięgu komórkowego”.

To dziwna, jednostronna współzależność, którą stworzyliśmy jako branża. Spędzasz tygodnie na pielęgnowaniu umowy, wkładasz w tę relację całą swoją energię, snujesz wokół niej pewne prognozy, a potem nadchodzą ostatnie trzy dni kwartału i potencjalny klient po prostu znika. Zostajesz sam, odświeżając skrzynkę odbiorczą niczym porzucony kochanek, zastanawiając się, czy nie popełniłeś jakiegoś błędu.

Uwaga, spoiler: nie zrobiliście tego. Po prostu nie chcieli podpisać umowy przed 31 marca.

@courtneyrox9292 Niech ktoś coś ode mnie kupi, mam STRES 🫣🫣 #humorsprzedażowy #limit #q4 #sprzedaż ♬ Worsaaaaa – ✨Kae Da Don✨

Plany na czwarty kwartał mają swoje własne prawa. Transakcje, które wydawały się już pewne, przesuwają się na pierwszy kwartał.

Potencjalni klienci, którzy w październiku byli gotowi do podpisania umowy, w listopadzie nagle zaczynają mieć „obawy związane z budżetem”. Umowa korporacyjna, nad którą Twój przedstawiciel handlowy pracował przez dziewięć miesięcy, okazuje się być zablokowana przez komisję ds. zamówień, o której nikt nie wspominał aż do zeszłego tygodnia. Twoja prognoza, niegdyś dumna i pewna liczba, jest teraz zbiorem „może” i pobożnych życzeń, spiętych notatkami w systemie CRM z adnotacją „do sprawdzenia”.

Najgorsze jest to, że wszyscy wiedzą, iż czwarty kwartał będzie morderczy, a mimo to co roku dział sprzedaży zbiorowo udaje, że tak nie będzie. Wyznaczamy cele, kierując się energią z pierwszego kwartału. Tworzymy prognozy, jakby był czerwiec. A potem nadchodzi grudzień, połowa decydentów wyjeżdża na narty, a my wszyscy wpatrujemy się w tablice wyników, które z jakiegoś powodu wyglądają jeszcze bardziej ponuro niż wczoraj.

Memy dotyczące sprzedaży kontra marketingu: odwieczny konflikt

Ten konflikt jest tak stary i tak dobrze udokumentowany, że pewnie ma już nawet własną stronę w Wikipedii.
Dział marketingu organizuje webinarium. Wysyła e-maile z podsumowaniem. Tworzy arkusz z listą potencjalnych klientów, ozdobiony wielką kokardą, i niemal podskakując z radości, wbiega na spotkanie z działem sprzedaży, by ogłosić nowinę. „Mamy TAK wiele leadów! TAK wiele! Spójrzcie na tę listę!”

Dział sprzedaży otwiera arkusz kalkulacyjny. Połowa adresów e-mail to konta Gmail. Jedna trzecia osób w polu „Tytuł” ma wpisane „student”. Jedna z wiadomości pochodzi od konkurenta, który przeprowadza analizę rynku. Pozostali zarejestrowali się, żeby dostać gadżety. Dział sprzedaży już przygotowuje wiadomość e-mail o treści „te leady nie są kwalifikowane”, zanim dział marketingu zdążył jeszcze świętować sukces.

Prawda jest taka, że obie ekipy wykonują swoją pracę prawidłowo, a jednocześnie obie mają pełne prawo być na siebie wściekłe. Wskaźnikiem KPI marketingu jest liczba leadów. Wskaźnikiem KPI sprzedaży jest przychód z zamkniętych transakcji. Te dwie rzeczy to nie to samo, a mimo to każda organizacja udaje, że tak jest. Rezultatem jest niekończąca się wojna wzajemnych oskarżeń, w której dział sprzedaży mówi: „leady są kiepskie”, a marketing odpowiada: „po prostu nie pracujecie nad nimi wystarczająco intensywnie”, a wszyscy zbierają się na cotygodniowym spotkaniu, by powtórzyć tę samą dyskusję, używając nieco innych slajdów.

To właśnie jedna z największych zalet tl;dv. Kiedy dział marketingu może odsłuchać rozmowy handlowe, a dział sprzedaży może zobaczyć, co naprawdę dzieje się podczas rozmów rozpoznawczych prowadzonych przez marketing, cała dynamika nabiera zupełnie nowego wymiaru. Wnioski z wielu spotkań ujawniają prawdziwe zastrzeżenia zgłaszane przez potencjalnych klientów. Dział marketingu przestaje tworzyć kampanie dla wyimaginowanych nabywców. Sprzedawcy przestają narzekać na osoby tylko przeglądające ofertę na kanale Slack. Nagle oba zespoły zachowują się mniej jak rodzeństwo uwikłane w trwający od dziesięcioleci spór o to, kto zjadł ostatni kawałek pizzy, a bardziej jak, cóż, współpracownicy. Którzy rozmawiają. O tych samych potencjalnych klientach. Korzystając z tych samych danych.

To naprawdę rewolucyjna sprawa. Ratujemy tu świat, ludzie!

Każdy czołowy przedstawiciel handlowy był kiedyś zdesperowanym specjalistą ds. pozyskiwania klientów

@corporate.bro Jeśli zajmujesz się sprzedażą w branży technologicznej, to wiesz, o co chodzi. #techsales #sdr #sprzedaż #corporatebro #fyp #komedia #foryou #siliconvalley ♬ oryginalny dźwięk – Corp

Każdy starszy specjalista ds. rozwoju biznesu, jakiego kiedykolwiek spotkałeś, przy odpowiedniej ilości piwa opowie ci z pewnym sentymentalnym wzruszeniem o swoich czasach jako przedstawiciel handlowy. „Och, ciężko pracowałem. Wykonałem 300 telefonów. Byłem waleczny, ale miałem swoje zasady. Umówiłem się tylko na spotkania z potencjalnymi klientami, którzy naprawdę byli zainteresowani”. A wszyscy przy stole kiwają głowami z szacunkiem, jakby to wszystko była prawda.

Nie jest.

Wiem to z własnego doświadczenia. Kiedy zaczynałem karierę jako menedżer w nowej firmie i dzwoniłem do 300 osób przed lunchem, miałem cały playbook , wymuszonych playbook . „Właśnie zobaczyłem Twój post na LinkedIn o priorytetach na trzeci kwartał i pomyślałem o Tobie”. Nie, nie widziałem. „Chciałem się z tobą skontaktować, zanim zacznie się twój tydzień”. Była czwartek, godzina 16:45. „Masz dwie minutki?” To nigdy nie były dwie minuty.

Moje były… szczere. SZCZERE. A te wszystkich innych? Czysta fikcja. Każdy specjalista ds. SDR na świecie ma swoją wersję tego playbook i wszyscy udawaliśmy, że nasze spotkania były merytoryczne.

Wszyscy wiedzieliśmy, że tak nie jest.

Oto jedna z moich ulubionych historii z archiwum. Kryteria kwalifikacyjne w mojej poprzedniej firmie były proste: potencjalny klient musiał mieć stronę internetową, móc umieścić na niej JavaScript oraz prowadzić sprzedaż dla firm. Szczerze mówiąc, poprzeczka była nisko zawieszona. Miałem jednego takiego potencjalnego klienta – stolarza, który produkował meble. Uroczy facet. Prawdziwy rzemieślnik. A co najważniejsze, miał na swojej stronie specjalną sekcję poświęconą klientom biznesowym (B2B). Chciał obejrzeć prezentację. Chciał skorzystać z wersji próbnej. Praktycznie błagał o możliwość zakupu. Zakwalifikowałem go, przekazałem przedstawicielowi, a ten odesłał go z powrotem. Najwyraźniej nie był to klient B2B. MIAŁ STRONĘ B2B. Odesłałem go z powrotem do przedstawiciela. Znowu odesłano go z powrotem. Nie był to klient B2B. Odesłałem go ponownie. Znowu odesłano go z powrotem. Trwało to przez lata, ponieważ był on przypisany do tego konkretnego przedstawiciela, a ja nie mogłem go przypisać do innego.

W końcu zasady się zmieniły i w końcu pozwolono mi przekazać go komuś innemu. Okazało się, że miał jeszcze całą drugą firmę, którą trzymał w tajemnicy, zanim ujawnił swoje karty – w pełni B2B, idealnie pasująca do profilu. Podpisał umowę na kwotę pięciocyfrową miesięcznie. NIE MA ŻADNEJ RADOŚCI BYĆ TYM PIERWSZYM PRZEDSTAWICIELEM, EHM EHM.

No tak, piszę teraz o sprzedaży, a nie o tym, jak sprzedawać – o co ci chodzi?

Każdy najlepszy sprzedawca gdzieś zaczynał, a ten początek był pełen płaczu, desperacji, nerdowskości i odrobiny szaleństwa. To oni ścigali potencjalnego klienta wątkami na LinkedIn z coraz większym wysiłkiem. To oni zrzucali na swoich menedżerów ds. sprzedaży spotkania o wątpliwej wartości, bo musieli osiągnąć swój cel. To oni wysyłali e-maile typu „tylko się odzywam!” o 21:00 w niedzielę. Nikt nie kończy studiów jako płynnie działający sprzedawca. Na to trzeba zapracować przez lata bycia osobą, z którą nikt nie chce się spotykać.

Więc następnym razem, gdy starszy przedstawiciel handlowy przewróci oczami na beznadziejnym spotkaniu zorganizowanym przez SDR, przypomnij mu, że w 2019 roku to właśnie on umówił dokładnie takie samo spotkanie, a jego przełożony też na nie narzekał. Cykl się powtarza. Trauma przechodzi z pokolenia na pokolenie. Tak wygląda krąg życia w sprzedaży.

Gdy potencjalny klient wybiera konkurencję

Nie ma nic gorszego niż utrata transakcji na rzecz konkurencji. Zniknięcie bez słowa to jedna z najgorszych rzeczy. Remote to coś jeszcze gorszego. Ale to jest szczególnie bolesne. Wybrali kogoś innego. Spojrzeli na ciebie, spojrzeli na nich i wybrali tę drugą osobę. To sprzedażowy odpowiednik bycia porzuconym na weselu. Nawet nie na własnym weselu. Na weselu kogoś innego. Na oczach waszych wspólnych znajomych.

Pracowałeś nad tą transakcją przez trzy miesiące. Przeprowadziłeś rozmowy wstępne, pokazy produktu i szczegółowe analizy techniczne. Nawiązałeś relację z osobą odpowiedzialną za wdrożenie, przeszedłeś przez proces zakupowy, odpowiedziałeś na 47 pytań dotyczących bezpieczeństwa i naprawdę, szczerze wierzyłeś, że ta transakcja dojdzie do skutku. W myślach już wydałeś prowizję. I wtedy pojawia się wiadomość e-mail: „Zdecydowaliśmy się na rozwiązanie oferowane przez waszego konkurenta”.

A potem, w pewnym momencie, wstaniesz, otrzepiesz się, założysz słuchawki i wybierzesz kolejny numer. Bo na tym właśnie polega sprzedaż. Zostajesz powalony na ziemię. Podnosisz się. I dzwonisz ponownie.

Memy to nasz sposób na radzenie sobie

Sprzedaż to brutalna branża. Zawsze tak było. I pewnie zawsze tak będzie. Plany sprzedażowe rosną, potencjalni klienci stają się coraz mniej zainteresowani, system CRM pogrąża się w chaosie, a gdzieś w ciemnym zakątku LinkedIn kierownik sprzedaży pisze motywujący post, o który absolutnie nikt nie prosił.

A memy? Memy to nasz sposób na radzenie sobie.

Każda z tych historii jest zabawna, bo oparta na faktach. Kierownik sprzedaży, który już sam nie wie, czym się zajmuje. Specjalista ds. pozyskiwania klientów (SDR), któremu przekazano najgorsze leady, a od którego oczekiwano, że zbuduje na ich podstawie portfel sprzedaży. Przedstawiciel handlowy (AE) udający, że nigdy nie był tym specjalistą ds. pozyskiwania klientów. Wpis w systemie CRM oznaczony jako „x”. Portfel sprzedaży na czwarty kwartał, który z dnia na dzień wygląda coraz gorzej. Potencjalny klient, który zdecydował się na konkurencję. To nie są dowcipy. To zapisy z pamiętnika.

To właśnie ten świat – choć nie jest to zbyt subtelna aluzja – stanowi środowisko, w którym tl;dv . Nagrywanie rozmów, transkrypcja, coaching oparty na sztucznej inteligencji, analizy z wielu spotkań oraz CRM, który sam się wypełnia, dzięki czemu nikt już nigdy nie musi wpisywać „x”. Oczywiście nie chodzi o to, żeby zabić memy. Potrzebujemy memów. Ale może po prostu po to, żeby złagodzić te elementy pracy, które są naprawdę brutalne, tak aby przedstawiciele handlowi mieli więcej czasu na siedzenie na podłodze w łazience i przetwarzanie swoich emocji. Co się wysieje, to się zbierze.

Znacie jakiś mem związany ze sprzedażą, który nam umknął? Prześlijcie go nam. Ta lista powiększa się co miesiąc. Ktoś na pewno ma filmik przedstawiający handlowca płaczącego nad arkuszem kalkulacyjnym – i bardzo chcielibyśmy go zobaczyć.

Najczęściej zadawane pytania dotyczące memów sprzedażowych

Memy sprzedażowe to zdjęcia, filmy i podpisy, które oddają codzienną rzeczywistość pracy w dziale sprzedaży. Poruszają one szeroki wachlarz tematów – od odmowy podczas zimnych telefonów, przez chaos w systemie CRM, panikę związaną z realizacją planów sprzedażowych, po odwieczny konflikt między działem sprzedaży a marketingiem, a także tę niezręczną chwilę, gdy potencjalny klient decyduje się na konkurencję. Są zabawne, bo są prawdziwe.

 

Sprzedaż to jedna z najbardziej wyczerpujących emocjonalnie profesji w biznesie. Codziennie spotykasz się z odmową, co miesiąc walczysz o osiągnięcie planów sprzedażowych, a ponadto musisz składać raporty przełożonym, którzy często nie mają pojęcia, jak naprawdę wygląda sytuacja w procesie sprzedaży. Memy to sposób, w jaki zespoły sprzedażowe radzą sobie z tą sytuacją. Stanowią one skrótowe ujęcie wspólnych doświadczeń, a dzielenie się nimi na zespołowym kanale Slacka jest naprawdę tańsze niż terapia.

Obserwuj tl;dv LinkedIn, aby regularnie otrzymywać materiały dotyczące sprzedaży autorstwa naszych twórców – Toma, Renee i Iana, którzy wszyscy pojawiają się w tym artykule. Na TikToku warto śledzić konta @corporate.bro, @salesfeed i @withstephen, gdzie znajdziesz błyskotliwe i regularnie publikowane humorystyczne treści związane ze sprzedażą. Artykuł ten jest aktualizowany co miesiąc, więc dodaj go do zakładek i zaglądaj tu ponownie.

Zasadniczo nie. Memy dotyczące sprzedaży działają, ponieważ stanowią rodzaj humoru dla wtajemniczonych, zrozumiałego tylko dla osób, które na co dzień mają z tym do czynienia. Udostępnianie ich osobom spoza branży może sprawiać wrażenie nieprofesjonalnego lub budzić wrażenie, że użalasz się nad sobą. Zostaw je w Slacku swojego zespołu, wykorzystaj w postach na LinkedIn skierowanych do innych specjalistów ds. sprzedaży i ciesz się nimi w gronie współpracowników, którzy je rozumieją.

Z umiarem i szczerze. Mem wysłany w odpowiednim momencie na czacie zespołowym po ciężkim tygodniu może rozładować napięcie i przypomnieć wszystkim, że frustracja jest czymś powszechnym. Nadmierne używanie sprawia, że wydaje się to wymuszone. Niech memy pojawiają się naturalnie w konkretnych, wspólnych sytuacjach (szczególnie nieudany dzień z zimnymi telefonami, nieudany przegląd potencjalnych klientów w czwartym kwartale), zamiast publikować je z poczuciem codziennego obowiązku.